Jak zapatrujecie się na zajęcia dodatkowe dla swoich dzieci? Czy wybierając przedszkole, lub szkołę zerkacie na ofertę zajęć pozalekcyjnych? Szukacie takich zajęć dla swoich dzieci? Dzisiaj o tym jak ja to widzę oraz z jakimi opiniami na ten temat było dane mi się zetknąć.

Sama pracuję w firmie zajmującej się organizacją zajęć pozalekcyjnych dla dzieci w wieku szkolnym. Jest mi więc dane popatrzeć na temat zajęć dodatkowych z nieco innej strony, poobserwować rodziców i poznać ich opinie. A opinie zdarzają się skrajnie różne. Oto kilka przykładów rodziców, z którymi się zetknęłam (ze skrajności w skrajność):

„Moje dziecko kończy zajęcia bardzo wcześnie, zostaje mu więc mnóstwo czasu na zdobywanie nowych umiejętności”

Są to rodzice ambitni. Wypełniają czas swoich dzieci niezliczoną ilością zajęć dodatkowych, które służą zdobywaniu nowych zdolności. Nauka języka, gra na instrumencie, dodatkowa matematyka, odrabianie lekcji z korepetytorką… nie jest istotne to ile zajęcia kosztują i czy do najlepszego nauczyciela będzie trzeba jechać na drugi koniec miasta. W czasie basenu siedzą na trybunach. Zależy im na grupach, które biorą udział w zawodach, bo chcą żeby ich dziecko nauczyło się zdrowo rywalizować i żeby pozbyło się stresu związanego z występami przed publicznością.
Wszystko jest ok, o ile ilość zajęć i poziom ich trudności zachowane są w granicach rozsądku. To rodzice, którym bardzo zalezy na rozwoju dzieci, ale czasem widać gołym okiem, że zależy im aż za bardzo. W tej grupie zdarzają się niestety dzieci przemęczone, albo bardzo zamknięte w sobie przez presję, której cały czas są poddawane. Takich rodziców łatwo poznać po charakterystycznej wymianie zdań: „A moja córka to ostatnio…” „A mój syn to już potrafi…” i tak godzinami.

„Cieszę się, że moje dziecko ma możliwość ciekawie spędzić czas”

Takich rodziców jest bardzo wielu. Mają świadomość tego, że dużo pracują, a ich dziecko spędza w świetlicy większość wolnego czasu. Jeśli więc szkoła oferuje całą gamę zajęć dodatkowych są zadowoleni. Taniec towarzyski, budowanie z Lego, gry, zajęcia z angielskiego, balet, gimnastyka… chętnie korzystają ze wszystkiego co znajduje się w ofercie szkoły. Skoro ich dziecko i tak czeka w świetlicy, to czemu by tego czasu nie wykorzystać pożytecznie? Takie zajęcia dodatkowe nie wiążą się z dodatkową pracą domową, a zapewniają dziecku wszechstronny rozwój i ciekawie spędzony czas w gronie kolegów i koleżanek. Rodzice widzą te zalety i cieszą się, że mają możliwość wybierać i przebierać w ofertach. Jeśli nawet na zajęcia będzie trzeba chwilę poczekać, albo zmienią one lekko lokalizację, nie będzie to dla nich problemem.
To chyba najbardziej zrównoważona grupa rodziców. Wybierają zajęcia, które będą ciekawe dla ich dzieci, często dokonują tego wyboru razem ze swoimi pociechami. Nie wywierają specjalnej presji na swoich dzieciach, a cała nauka odbywa się bardziej poprzez zabawę niż wywieranie presji i rywalizację. Dzieciom może idzie trochę wolniej, ale są przynajmniej bardziej zadowolone z życia.

„Jedne zajęcia dodatkowe w tygodniu to zdecydowanie wystarczająco. Ale czy na pewno odbywają się na miejscu?”

Rodzice – leniuszki. Miło, że mają do wyboru zajęcia pozalekcyjne w szkole. Wyboru dokonują z dziećmi i wybierają jedną rzecz na której dziecku zależy. Najważniejszy jest fakt, że zajęcia odbywają się na miejscu. Dziecka nigdzie nie trzeba dowozić więc problem z głowy. Jeśli w środku roku potomek zdecyduje, że już nie chce uczęszczać na zajęcia, nie tracą czasu na zbędne namowy. Nie chce, to nie. Jeśli trafią się jakieś interesujące lekcje – wspaniale, ale nie zależy im ani na specjalnym rozwoju dzieci w danej dziedzinie, ani na żadnych konkretnych umiejętnościach. Kiedy zmieni się lokalizacja zajęć, np. z powodu małej liczby chętnych w danej szkole, ani myślą dowozić dzieciaka gdzieś indziej. Przecież miejsce było główną zaletą tych lekcji!
O ile pierwsza z wymienionych grup jest lekko przeambicjonowana, o tyle ta grupa jest lekko niedoambicjonowana. Zajęcia dodatkowe – owszem, ale tylko na miejscu i jak najmniej. Dzieci takich rodziców są zazwyczaj lekko zblazowane, albo wręcz przeciwnie – wykazują tysiąc razy więcej inwencji i chęci do działania niż rodzice. Szkoda tylko, że często mają podcinane skrzydełka przez brak zainteresowania i aprobaty ze strony tych najważniejszych dla nich osób.

„To kosztuje?! Nie jestem zainteresowany/zainteresowana”

Oto rodzice, którzy wszędzie widzą podstęp, chęć naciągnięcia i wyciągnięcia od nich ciężko zarobionych pieniędzy. Wszystkie zajęcia dodatkowe według nich organizowane są tylko i wyłącznie po to, żeby doić ich na kasę. Jasne, że nie niosą ze sobą żadnych praktycznych korzyści. Zajęcia w świetlicy są darmowe, a dziecko pozostaje pod opieką i może nawet odrobić w tym czasie lekcje! Dzieci takich rodziców (według nich samych) nigdy się nie nudzą, a z resztą i tak odbierane są od razu po lekcjach. W domu przynajmniej pozostają pod kontrolą i nie marnują czasu na głupoty. No może poza oglądaniem telewizji.
Na twarzy takich rodziców, kiedy słuchają reklamy np. na zebraniach, ukazuje się pobłażliwy uśmieszek, który mówi: „Nie nabierzecie mnie! Moje dziecko nie będzie chodzić na żadne zajęcia”. Niestety takie dzieci często chciałyby czegoś spróbować, ale nie mają na to szansy. Spędzają czas robiąc nic tylko dlatego, że rodzice nie są zainteresowani żadną z ofert.

„Niestety mnie nie stać”

Ta grupa dzieli się na dwa:
a) Rodzice, których nie stać, ale starają się znaleźć jakieś dofinansowanie zajęć, dopytują się o ewentualne zniżki, rozmawiają o swojej sytuacji finansowej, dzięki czemu często są w stanie znaleźć razem z daną firmą satysfakcjonujące dla obu stron rozwiązanie. Od czasu pojawienia się jednak 500+ takich rodziców jest mniej, ponieważ pieniądze które otrzymują są w stanie zainwestować w rozwój dziecka, a nie w nowy telewizor. Chętnie szukają ofert zajęć pozalekcyjnych dla swoich dzieci, z których byliby w stanie skorzystać. Dzieci takich rodziców są w pełni świadome rodzinnej sytuacji finansowej, nie naciągają rodziców i nie wymuszają na nich niczego. Wszystko co dostają ma dla nich dużą wartość i nie odpuszczają ani na chwilkę, na zajęciach bardzo się starają i dużo pracują, są w stanie osiągnąć dużo więcej niż rówieśnicy.
b) Rodzice, których nie stać, więc nie można nawet słowem się odezwać do nich ani do ich dzieci. Słysząc o jakiejkolwiek ofercie zajęć pozalekcyjnych w szkole, wnoszą skargę do dyrekcji. Nie można im pokazać nawet kolorowej ulotki, nie mówiąc już o jakichkolwiek nagrodach, czy atrakcjach czekających na dzieci na dodatkowych zajęciach. Żyją według zasady: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Dzięki nim, wszystkie pozostałe grupy rodziców nie maja najmniejszej szansy na to, żeby skorzystać z interesujących ich ofert.
Dzieci tych rodziców wymuszają na nich co popadnie, ponieważ nie mają pojęcia o tym, że można im czegoś odmówić. Jak to możliwe, skoro rodziców nie stać? Rodzice (raczej mało skutecznie) okrajają dzieciom dostęp do wszelkiej reklamy i nie podają powodów swojego zachowania. Wiadomo jednak, że tzw. reklama szeptana potrafi zdziałać cuda, a dzieci rozmawiają ze sobą o wszystkim. Co chwilę pojawia się moda na coś innego i wtedy zaczyna się tzw. suszenie głowy. Owi rodzice nie potrafią wytłumaczyć dzieciom, że nie wszystko można mieć ot tak, i dlatego najlepszym rozwiązaniem wydaje im się odseparowanie potomków od wszystkiego, co mogą chcieć. Ani to jednak skuteczne, ani specjalnie wychowawcze.

Jakim ja jestem rodzicem?

Osobiście wydaje mi się, że sama należeć będę do grupy nr 2. Taką przynajmniej mam nadzieję. Ostatnio jednak zauważyłam u siebie skłonności rodzica z grupy nr 1. Moje dziecko ma niecałe trzy lata, właśnie poszło do przedszkola, a ja już zaczęłam się rozglądać za zajęciami dodatkowymi. Chciałam zapisać synka na zajęcia z judo – okazało się, że nigdzie w okolicy nie ma takich zajęć dla tak małych dzieci. Powoli będziemy więc rozpoczynać przygodę z tańcem. Sama siedzę i po przedszkolu rozwiązuję z Michałem rozmaite książeczki, uczę go pisać i liczyć, rozpoznawać literki. A jaka jestem dumna kiedy zdobywa jakąś nową umiejętność! Kiedy z przedszkola przyniósł swoje pierwsze angielskie słowo (shoulders) prawie się popłakałam!
(Co prawda wcześniej już nauczył się wersu jednej z piosenek z bajki „SING” brzmiącego tak: OMG look at her butt, ale tego starałam się go jak najprędzej oduczyć)
Wszystko więc okaże się, kiedy będzie starszy, a dookoła rzeczywiście pojawią się poważne oferty zajęć dodatkowych. Sama uważam, że istnieją takie umiejętności, które każdy człowiek powinien posiadać. Znajomość angielskiego, pływanie czy jazda na nartach należą dla mnie do podstawowych zdolności. Dlatego właśnie od kiedy Michał skończył trzy miesiące zaczęliśmy pojawiać się na basenie. Nie miał jeszcze dwóch lat, kiedy pierwszy raz spróbował nart. Założenie butów narciarskich na te małe, wiotkie stopy zajęło nam jakieś półtorej godziny. Czy przesadzam? Nie wiem, nie potrafię tego ocenić. Wydaje mi się, że daleko mi do rodziców, którzy wysyłają swoje trzylatki na lekcje chińskiego. Chociaż z drugiej strony myślę, że oni sami też nie widzą w tym nic dziwnego.

A Wy, jakim typem rodzica jesteście?

Podobało Ci się? Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.