Posiadanie dziecka wiąże się nieodłącznie z takim rodzajem stresu, jakiego się nigdy wcześniej nie doświadczało. Trzeba się ostro natrudzić, żeby choć trochę wyluzować. Równie trudne jest niepopadanie w którąś ze skrajności – żeby nie być: albo jak tzw. helicopter mum, czyli trząść się nad swoim dzieckiem jak osika, albo tzw. slummy mummy, czyli olewać swoje dziecko totalnie.

 

Helicopter mum

 

Non stop kontroluje swoje dziecko. Oczywiście w dobrej wierze. Dziecko takiej mamy nigdy nie chodzi utytłane, nie ma żadnych siniaków, ani zadrapań, jest zawsze ładnie ubrane i na pewno w jego pobliżu zawsze znajduje się rodzicielka. Nie ma najmniejszej szansy pobawić się na placu zabaw, a jeśli tak to tylko w piaskownicy i w gumowych rękawiczkach (nigdy nie wiadomo, czy w pobliżu nie wysrał się jakiś sierściuch). Tu mu nie wolno, tam jest niebezpiecznie, tego nie umie, tamtego niech lepiej nie dotyka.

Jakie są zalety takiego podejścia? Dziecko jest śliczne. Wymarzona sytuacja każdej mamy. Żadnej plamki, żadnej choroby, bólu brzucha, zdartych kolan i rozciętych głów. Nie ma bólu – nie ma płaczu. Wszyscy dookoła podziwiają, bo nikomu nie udaje się zachować takiego rygoru.

Jakieś wady? Mama pada na twarz każdego dnia razem ze swoim dzieckiem, koło godziny 19. Wie, że teraz ma czas na sen, bo w środku nocy dziecko na bank się obudzi i będzie musiała utulić je do snu. Ale jest coś gorszego. Takie dziecko nigdy nie będzie miało szansy nauczyć się swoich własnych granic. Nie spadło nigdy z krzesła więc nie wie jak to boli. A mamy kiedyś przy nim nie będzie i kto je wtedy powstrzyma od skoku z czegoś znacznie wyższego?

 

Slummy mummy

 

Ten temat już znamy. Dziecko takiej mamy potrafi chodzić kilka dni w tej samej pieluszce, jest zaniedbane, brudne, często albo głodne albo przesadnie najedzone. Na obiad dostaje zestaw z McDonaldsa, chodzi spać wtedy kiedy padnie, ale za to śpi do 11. Mama zazwyczaj zaczyna i kończy dzień drineczkiem, przez co życie staje się bardziej znośne. Jej złotą zasadą jest zasada 5 sekund (jeśli jedzenie spadło na ziemię i nie leżało dłużej niż 5 sekund, spokojnie można je zjeść). Dziecko bawi się samo, a szczytem troski jest zamknięcie bramy wjazdowej na posesję. Je trawę i kamienie. Może i chodzi bez pieluchy ale siku robi tam gdzie chce.

Jakie są zalety takiego podejścia? Luz. Mama ma obowiązki ograniczone do minimum, może się więc spokojnie zająć swoimi sprawami. Dziecko potrafi się zająć sobą, bo na rodziców nie ma co liczyć. Dużo jest w stanie znieść, nie płacze przy każdej okazji, wszyscy dookoła podziwiają, bo nikt nie ma takiego dziecka, którym praktycznie nie trzeba się zajmować.

Jakieś wady? Choroby, robaki, bóle żołądka są na porządku dziennym. Stłuczenia i krew również. Nie wspominając już o niedowadze, albo porządnej nadwadze takich dzieci. Ale jest coś gorszego. Takie dziecko nie ma zaufania do rodziców. Wie, że nie może na nich liczyć i wie, że nie ma ich przy nim. Ma poczucie odrzucenia i zaniedbania. Nie czuje się ważne ani potrzebne. A przed nim jeszcze okres dojrzewania. czy wtedy da się odbudować brakujące fundamenty?

 

Do którego z tych podejść jest mi bliżej?

 

Wydaje mi się, że do “slummy mummy”. Staram się jak mogę nie wisieć nad swoim dzieckiem, a do tego bardzo cenię sobie swój czas dla siebie. Oczywiście podane wyżej opisy są totalnymi skrajnościami, ale potrafię przypomnieć sobie mnóstwo sytuacji z życia, które były choć trochę podobne. Daleko mi więc do paniki, a jednak w kilku sytuacjach zdążyłam poczuć już to nieznośne uczucie:

Numer 5: na ostatnich wakacjach moje dziecko przytrzasnęło sobie palec u stopy lukiem na żaglówce. Palec zalał się krwią i zrobił się cały siny. Spanikowałam, że pewnie jest złamany. Przyznam jednak szczerze, że miało to lekki związek z myślą: co my teraz zrobimy przez tydzień w Grecji na jachtach z dzieckiem ze złamanym palcem?!

Numer 4: taka sytuacja: mój synek wkłada głowę między szczebelki bramy, a mój brat otwiera ją pilotem. Moje niczego nieświadome dziecko powoli zaczyna zbliżać się ku dekapitacji…

Numer 3: dziadek sięga coś z bagażnika swojego Pajero. W momencie w którym ma zamknąć ciężkie drzwi, moje dziecko podbiega i zagląda do środka. Oczami wyobraźni widzę już pogruchotany kręgosłup.

Numer 2: pierwsza groźna sytuacja – kiedy ciekawski, półtoraroczny Misiu wdrapał się w poszukiwaniu czegoś na szafkę na buty, a ona runęła razem z nim na podłogę. Nie wiedziałam czy go w ogóle ruszać, czy od razu wzywać pogotowie.

Numer 1: moje dziecko miało 2 latka kiedy złapało jakiegoś okropnego wirusa i wymiotowało tak strasznie, że w końcu zasłabło. Wystraszyłam się wtedy nie na żarty, na szczęście skończyło się kroplówką i wszystko wróciło do normy.

Myślę, że każdej mamie w pewnym momencie robi się miękko na myśl o tym co kiedyś się wydarzyło, lub choćby mogło się wydarzyć. Wydaje mi się jednak, że dawno, dawno temu to było inaczej. Dzieci biegały po gospodarstwie na wsi samopas i jakoś nikt nie wkręcił się w przejeżdżający nieopodal kombajn (no dobra, były to bardzo rzadkie przypadki). Sama tak biegałam razem z kuzynami, razem ze świnkami i innymi myszami. Czy mimo swojego – teoretycznie – luzu, puściłabym tak swoje dziecko? Nie sądzę. Co się zmieniło? Może to, że teraz dla nas to nie jest już codzienność? Dzieci są jakieś bardziej nieostrożne i dziesięciolatek opiekujący się dwulatkiem jest czymś nienormalnym? Sama nie wiem.

 

A do którego z podejść jest bliżej Wam?

 

Podobało Ci się? Udostępnij:

One thought on “Panika, czy luzik?”

  1. Chciałabym, żeby nasze dzieci ochociaż w połowie przeżyły takie wakacje u babci jak my…. ale gdzie tu świnie? Chyba że czarna Agata…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.