W tym roku zabraliśmy nasze dzieci (jedno ma dwa miesiące, drugie ma trzy lata) na narty do Austrii. Michał – trzylatek już w zeszłym roku miał nartki na nogach. Co prawda tylko przez jeden dzień, ale wspominał ten krótki moment calutki rok i cieszył się jak nigdy na myśl o tym, że teraz znów spróbuje. Postanowiliśmy, że tym razem jeśli dobrze pójdzie zamówimy mu lekcje z instruktorem. Obawialiśmy się tego bardzo, ale przecież nic nie szkodzi, żeby spróbować. Zaczęliśmy ostrożnie.

Już pierwszego dnia, wybraliśmy się z Michałem na stok. Samo zakładanie nowych rzeczy: bielizny, stroju narciarskiego, kasku, było dla niego wielkim przeżyciem. Na górze znaleźliśmy ośrodek dla małych dzieci i rozłożyliśmy tam swój sprzęt. Michał był w siódmym niebie. Ponieważ oboje z mężem jeździmy na snowboardzie zastanawialiśmy się od czego w ogóle zacząć. Z wielkim trudem próbowaliśmy sobie przypomnieć o co chodzi w jeździe na nartach (od tego kiedyś zaczynaliśmy) i najpierw postanowiliśmy przećwiczyć prawidłową pozycję. „Nogi ugięte”, „pochyl się do przodu”, „patrz na mamę nie na narty” to jedyne rady, które przychodziły nam do głowy. Szło jednak całkiem dobrze. Michał wziął sobie te słowa do serca i za każdym razem przygotowywał poprawną pozycję. Jedno z nas wnosiło go do góry, drugie łapało na dole. W ten sposób pozjeżdżaliśmy dobrych kilkadziesiąt razy (stok był praktycznie płaski i miał długość jakichś 10 metrów), po czym zgodnie stwierdziliśmy, że nie mamy pojęcia co robić dalej. Michał był zapalony do jazdy więc postanowiliśmy wziąć pierwszą lekcję już tego samego dnia. Zrobiliśmy sobie przerwę na frytki i gorącą czekoladę. To, co zaczęło się później, nie wyglądało obiecująco.

Przyszło nam do głowy, że być może zrobiliśmy błąd, gdy Michał po skonsumowaniu wszystkich pyszności oświadczył, że jest zmęczony i chce wracać do domu. Nie wyglądał na zadowolonego kiedy usłyszał, że idziemy na stok, bo kupiliśmy lekcję z instruktorem. Trzeba było wykupić lekcję przed południem, kiedy jeszcze nie był tak zmęczony, albo przyjść na popołudniową prosto z domu. Zgodził się jednak iść, i udał się z tatą na stok (ja w tym czasie odciągałam mleko dla synka nr 2). Kiedy do nich dołączyłam, lekcja zdążyła się już rozpocząć.
Wszystkie dzieci wyły.
Michał oczywiście również. Widocznie brak rodziców na wyciągnięcie ręki oraz Pan mówiący w obcym języku nie za bardzo mu odpowiadały. Instruktor podszedł do nas i powiedział, że najlepiej by było, gdybyśmy się stamtąd ulotnili. Jestem świadoma tego że rzeczywiście byłoby to najlepsze rozwiązanie, jednak ze wstydem muszę przyznać, że się na to nie zdecydowałam. Cały czas ktoś z nas był w zasięgu wzroku syna. Pierwsze 45 minut było jakąś katorgą. Trzech instruktorów ogarniało kilkanaście dzieci więc większość z nich była pozostawiona sama sobie. Wszystkie co chwilę się przewracały i nie mogły wstać. Potem przerwa, podczas której dzieci udały się do chatki żeby się ogrzać i napić. Tam atmosfera była już nieco lepsza, ale z zewnątrz nadal było słychać ryk dzieci. Po przerwie mali narciarze znów zaczęli ćwiczenia. Patrząc na zaryczanego Michała, mój mąż z paniką w głosie stwierdził, że najprawdopodobniej jesteśmy najgorszymi rodzicami, że torturujemy swoje dziecko i że on tego nie wytrzyma. Stało się jednak kilka rzeczy, które wyprowadziły go z błędu:
po pierwsze: Pani instruktor przyprowadziła chłopca mniej więcej w wieku Misia, totalnie zapłakanego i zasmarkanego, bez żadnego z rodziców, nie mówiącego słowa po angielsku – to przekonało nas że jednak nie jesteśmy NAJGORSZYMI rodzicami
po drugie: w grupce obok zauważyliśmy dziecko, na oko dwuletnie, które zjeżdżało cyckając smoczka – to uświadomiło nam, że jednak nie tak bardzo torturujemy swoje dziecko, bo można bardziej i wcześniej
i po trzecie, ku naszemu zaskoczeniu: Michał przestał płakać – nie wiadomo dlaczego. Może był już zbyt zmęczony, może podziałało to, że tata obiecał mu po lekcji coś słodkiego, a może dlatego że przetrwał już kryzys i po prostu wziął się w garść. Od tamtej chwili, do samego końca był skupiony, zaangażowany i podekscytowany. Kiedy od Pana instruktora otrzymał jeszcze w nagrodę żelkę, zaczęło mu się tak podobać, że nawet po zakończonej lekcji nie chciał wracać do domu. Pokazywał czego się nauczył i znów w kółko kazał się nosić na górę stoku.

Drugiego dnia zauważyliśmy kilka kolejnych plusów. Przez to, że nikt nie zajmował się Michałem przez cały czas stał się on bardziej samodzielny. Nauczył się chodzić w nartach, samemu korzystać z wyciągu, przestał się przewracać na końcu trasy (chociaż nadal nie umiał prawidłowo hamować), a przede wszystkim już nie płakał. Dodatkową korzyścią było to, że Pan instruktor cały czas zwracał się do dzieci po angielsku. Michał z przedszkola wie jak jest głowa i to by było na tyle. Wieczorem zapytałam go, czy rozumie co Pan do niego mówi. Odpowiedział, że jasne bo w przedszkolu też ma angielski. Zaskoczona kontynuowałam: w takim razie co znaczy „hands on your knees”? Nasz trzylatek wstał i położył sobie ręce na kolana. Dzieci mają jednak wrodzoną łatwość do chwytania języków. Te bariery nie są dla nich tak istotne jak dla dorosłych. Rozumieją więcej niż nam się wydaje.

Mimo że zapewne miał zakwasy wszędzie, bawiąc się w domu narzekał że bolą go nogi i plecy, trzeciego dnia również udał się na stok. Znał już Instruktora, dzieci i swoje otoczenie, i czuł się tam całkiem dobrze, naturalnie. Jego chęć pobudzały nowe gogle i obietnica kupna skarpet narciarskich. Najgorsze zdecydowanie było już za nami.

Jako rodzice musimy pamiętać o tym, że zdobywanie nowych umiejętności zawsze okupione jest ogromnym wysiłkiem, a nierzadko potem i łzami. Każdy kto grał na instrumencie, czy wyczynowo uprawiał jakiś sport wie, że bez pracy i poświęceń nie osiąga się pożądanych rezultatów. Żadne dziecko nie chce ćwiczyć po kilka godzin dziennie. Nie chce testować swoich granic wytrzymałości. Na co dzień obserwuję, że rodzice zdają się o tym zapominać. Nie uśmiecha im się narażanie swoich dzieci na dykomfort czy stres. A przecież nic nie przychodzi łatwo. „Nie będę go zmuszać” to tekst, który słyszę niesamowicie często.
Dobrze, że mój mąż i ja sami wiemy jak wspaniale jest udać się ze znajomymi w góry. Jak cudownie jest jeździć, skakać, czuć wiatr we włosach (nie no popłynęłam – przecież jeżdżąc trzeba mieć kask). Jak dobrze smakują frytki i czekolada z bitą śmietaną na stoku. To wszystko warte jest każdej wylanej łzy, które towarzyszyły na początku każdemu z nas. Mi czasami towarzyszą do dzisiaj, bo jako nieszczególnie usportowiona dziewczyna nie wyrabiam kondycyjnie. Chcemy, żeby nasze dzieci miały takie same możliwości, żeby mogły doświadczać tych wszystkich wspaniałych rzeczy i już niedługo czerpać z nich czystą przyjemność.

Podobało Ci się? Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.