Jasne, możemy z góry założyć, że mamy to gdzieś, ale to nie wróży dobrze ani dziecku, które nie będzie przyzwyczajone do przestrzegania norm społecznych, ani nam, bo niewychowane dziecko uczyni z naszego życia koszmar. A ponieważ do osiemnastego roku życia jesteśmy za nie odpowiedzialni, możemy się go w żaden sposób przez ten czas pozbyć. Oczywiście istnieje duża szansa, że nawet wychowywany nastolatek zapewni nam przez parę lat prawdziwe piekło, ale prawdopodobieństwo maleje wraz ze wzrostem naszego wkładu w wychowywanie. Dlaczego zatem jest to takie trudne? Dlaczego mamy wokół siebie cały tłum niewychowanych dorosłych? Co może pójść nie tak?

Wychowywanie dziecka z samej swojej nazwy skupia się po prostu na dziecku. I to już wprowadza nas w błąd, bo przecież wychowywanie dziecka nie zależy od tego dziecka wcale. Wychowywanie dziecka skupia się tak naprawdę całkowicie na roli rodzica. Tutaj warto zdać sobie sprawę, że jeśli nasze dziecko nie jest usłuchane, nie szanuje rodziców, ma ich kompletnie w dupie, to nie dlatego, że ono samo jest popieprzone, tylko dlatego, że my, jako rodzice nie potrafimy dać sobie z nim rady. Któż z nas nie doświadcza takich sytuacji? Jak łatwo zwalić całą winę na dzieciaka? Ilu z nas przyznaje się otwarcie: „nie daję rady” i szuka pomocy? Niewielu. Bo co to za rodzic, który nie daje sobie rady z własnym dzieckiem? Uwierzcie, wszyscy sobie nie radzimy. Czy chodzi o trzylatka, czy o szesnastolatka.

Wszyscy wiemy, że dziecko tak jak nikt inny potrafi wyprowadzić człowieka z równowagi. A to dlatego, że jest zbyt szczere, zbyt ruchliwe, zbyt płaczliwe, zbyt wyszczekane, zbyt bezczelne, zbyt lekkomyślne, zbyt zarozumiałe. Obcowanie z nimi wymaga nieskończonych, naprawdę nieskończonych pokładów cierpliwości. Wymaga opanowania do perfekcji sztuki kontrolowania siebie i swoich emocji. To właśnie jest najtrudniejsze. Wychowując dziecko, trzeba niesamowicie panować nad swoim własnym zachowaniem.

Co mi wydaje się najtrudniejsze?

Po pierwsze musimy dawać dobry przykład. Dzieci obserwują nas 24 godziny na dobę, przez co jeśli po ciężkim dniu w pracy wpadniemy do domu i na widok kompletnego chaosu wrzaśniemy dokładnie to, co w tym momencie pojawi nam się w głowie, możemy być pewni, że jutro w przedszkolu nasze słowa zostaną zacytowane nie raz. Dosłownie wszystko co powiemy zostanie użyte przeciwko nam. Zamiast tego musimy z zaciśniętymi zębami zapytać co tu się stało, a potem namówić wszystkich do wspólnego sprzątania, najlepiej przy akompaniamencie wesołej muzyczki i z uśmiechem na ustach pochwalić dzieciaka po zakończonej robocie. Nie da się? Musi się dać, bo to jest wychowywanie.

Po drugie absolutnie nie możemy dopuścić do rękoczynów. Oddziaływanie na dziecko poprzez strach nie ma nic wspólnego z wychowywaniem. Możemy być pewni, że w naszej obecności dziecko nie powtórzy już swojego błedu, bo po prostu będzie się nas bać. Kiedy jednak znikniemy im z oczu… Dlatego właśnie wielu dorosłych zachowuje się tak idiotycznie. Gdyby tylko ich rodzice byli obok, na pewno wtrzaskaliby im na tyłek. Ale ich rodziców nie ma obok… Poza tym przez to dajemy jasno do zrozumienia, że konfliktowe sytuacje najlepiej rozwiązywać przemocą, że starszy może bić młodszego, bo jest wiekszy i silniejszy. Jeśli jedziemy samochodem, w daleką podróż i dziecko drze japę, że nie chce siedzieć w foteliku, próbowaliśmy już wszystkiego i nic nie działa, to niestety, pomimo całej naszej frustracji, pomimo tego, że jesteśmy na skraju wytrzymałości, musimy się wyłączyć. Założyć słuchawki, posłuchać muzyki, pośpiewać piosenki, olać dzieciaka. Niech się drze. Musi w końcu skumać, że darcie japy do niczego go nie zaprowadzi. W końcu zaśnie. W końcu zawsze zasypiają… Nie da się? Musi się dać, bo to jest wychowywanie.

Po trzecie powinniśmy być rodzicami. Nie kolgami, nie kumplami, ale rodzicami. Idealną wersją tej relacji jest coś na kształt przyjaźni połączonej z ogromnym zaufaniem, przy jednoczesnym zachowaniu szacunku płynącego z relacji rodzic-dziecko. Czyli dziecko powinno mieć poczucie, że może się do swoich rodziców zwrócić z każdym problemem, obojętnie czy dotyczy on kłopotów z matmą czy z niechcianą ciążą, że może o wszystkim z nimi porozmawiać i o wszystko zapytać. Jednak musi też respektować zdanie swoich rodziców, słuchać ich sugestii i akceptować ich wyższą pozycję, a co za tym idzie ich reguły, prośby i postanowienia. Trzeba pamiętać, że my powinniśmy być dla dziecka przyjaciółmi, ale dziecko dla nas nie. Oznacza to, że dziecko może się do nas zwrócić z trudnościami, które przeżywa, ale nie odwrotnie. Rodzice nie powinni obarczać dziecka swoimi dorosłymi kłopotami o ile nie jest to konieczne. Nie da się? Musi się dać, bo to jest wychowywanie.

Po czwarte musimy zwracać na dziecko uwagę. Zupełnie z boku, bez zbędnych interwencji przyglądać się jego poczynaniom. I musimy robić to tak, żeby dziecko w żadnym stopniu nie czuło się kontrolowane (nie okłamujmy się, wszelkie próby kontroli nastolatka odnoszą efekt zupełnie niezamierzony). Tutaj podsunąć jakieś rozwiązanie, tutaj pociągnąć za język, ewentualnie przeprowadzić interwencję jeśli widzimy, że coś naprawdę jest nie tak. Ale najpierw musimy zauważyć, że coś jest nie tak. A żeby to zauważyć, musimy obserwować. Z ukrycia. Absolutnie nienachalnie. Nie da się? Musi się dać, bo to jest wychowywanie.

Po piąte trzeba pamiętać, że nasze dziecko to nie my. Nasze wybory, to czego żałujemy, to nie wybory naszych dzieci. Każdy rodzic ma jakąś wizję. Wymarzoną ścieżkę edukacji, satysfakjonujące zainteresowania, osiągnięcia sportowe. Oczywiście możemy delikatnie popychać dziecko w którąś stronę (bo siedmiolatek nie decyduje sam o sobie), ale koniecznie musimy brać pod uwagę preferencje naszych dzieci. Ich talenty, zainteresowania. Wielu rodziców o tym zapomina, albo uważają swoją wersję życia za tę najwłaściwszą. To, co ja najbardziej doceniam u moich rodziców to to, że przez całe moje życie starali się sugerować tę najwłaściwszą z dróg, ale jednocześnie akceptowali wszystkie moje wybory. Obojętnie czy były zgodnie z ich oczekiwaniami, czy nie. A z reguły nie były. To jest spory wyczyn – respektowanie swojego dziecka jako całkowicie odrębnej jednostki. Nie da się? Musi się dać, bo to jest wychowywanie.

Po ostatnie: żadne reguły, żadne filozofie, nurty i szkoły wychowywania dzieci nie działają bez miłości. Bez wspólnoty jaką tworzy rodzina. Szacunek, zaufanie, przyjaźń ze strony dziecka rodzą się właśnie z miłości. Tak samo z resztą jak cierpliwość, opanowanie i akceptacja ze strony rodzica. Wspólnie spędzony czas i proste gesty potrafią wywołać więcej pozytywnych emocji, niż wszystkie poradniki razem wzięte. Na szczęście miłość dziecka do rodzica jest wrodzona. Wyobrażacie sobie, że przy całym tym wychowywaniu musielibyśmy sobie na nią zapracować?!

Tym radosnym „cliché” kończę dzisiejszy tekst. A co Wy uważacie w wychowywaniu za najtrudniejsze?

Podobało Ci się? Udostępnij:

2 thoughts on “Dlaczego wychowywanie dziecka jest takie trudne?!”

  1. Uwielbiam ❤️❤️❤️ True! Wychowywanie to nie bajka. A tak często się nie chce, a trzeba gdzieś w sobie ta siłę znaleźć…

    1. Powiedziałabym nawet, że bardzo rzadko się chce. Często przed rzuceniem wszystkiego w pieruny powstrzymuje mnie tylko świadomość, że to się później zemści. 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.