Przecież nikt im nie wmawia od małego, że są do dupy. Nikt za nimi nie chodzi i nie szepcze im do ucha, że są beznadziejni. Nikt nie podkopuje ich wiary w siebie wmawiając, że do niczego się nie nadają. Czyżby?

Jakiś czas temu spotkałam na placu zabaw miłą rodzinkę. Rodzinka lekarzy, więc bawili się tylko tata, syn i dziadkowie. Mama pracowała, bo jeśli wyjeżdżają na wakacje to tylko osobno. Tata oczywiście w siódmym niebie biegał za swoim 2,5 latkiem, bawił się z nim, poświęcał mu maksimum uwagi i czasu. Patrzyło się na to z rozkoszą. Chłopcy (mój syn i syn taty lekarza) oczywiście weszli w pewnym momencie w interakcję i tak wywiązała się rozmowa.
Rozmawiałam z babcią, która korzystając z chwili usiadła soboie na ławce (dlaczego korzystając z chwili, skoro tata tak ochoczo zajmował się synem? Napiszę zaraz). Rozmowa, jak to rozmowa na placu zabaw luźno toczyła się swoim torem, aż w końcu opowiedziałyśmy sobie połowę swojego życia. W ten sposób dowiedziałam się, że rodzina lekrzy, że nie wyjeżdżają razem, że tak trudno znaleźć dobrą nianię w trojmieście, że wnuczek spędza cały czas z dziadkami, że piękne Kaszuby, że rodzice mają mało czasu, że być lekarzem to strasznie ciężko, że ile ma lat mój synek? 2,5? To chyba już czas na drugie! Och, już jest pani w ciąży? To gratulacje! Tutaj babcia zwróciła jeszcze uwagęna to, że mój synek to tak ładnie mówi, bo ich wnuczek to jeszcze nic. I słyszysz Władek?! (Krzyk do dziadka) Pani synek to tak ładnie mówi, a nasz wnuczek to jeszcze nic! W tym momencie Michał postanowić przenieść się w dalszy zakątek placu więc siłą rzeczy nasza rozmowa dobiegła końca. Zaobserwowałam jednak jeszcze parę rzeczy, które skłoniły mnie do poniższych przemyśleń.

Żeby nie pozostawiać niedomówień – nie chcę nikogo obrażać, ani krytykować tamtych dziadków. Gdybym ich w ten sposób oceniła, byłoby to z mojej strony bardzo słabe, ponieważ sama w zakresie robienia i mówienia niewłaściwych rzeczy swojemu dziecku nie jestem jakimś wzorem do naśladowania.

Po pierwsze – porównywanie

Drogi moje i babci skrzyżowały się na placu jeszcze nie raz tego dnia. Za każdym (dosłownie) razem słyszałam pochwały w kierunku mojego syna i głośno wyrażany zawód nad „opóźnieniem” wnuka. W końcu zrobiło mi się wyraźnie głupio i przykro, szczególnie ze względu na tatę lekarza, który bardzo niechętnie angażował się w jakąkolwiek rozmowę – wolał skupić się na synku, a na wszelkie zaczepki ze strony babci odpowiadał ponurym burknięciem. Oznajmiłam więc babci, że w końcu i na ich wnuka przyjdzie czas, że Michał też mówił długo po swojemu, wiec nie ma się czym przejmować. Wręcz przeciwnie, kiedy już zacznie mówić będą chcieli, żeby przestał.

Każda mama (i jak widać babcia) porównuje swoje dziecko z innymi. Czasami chodzi o to, że nie jesteśmy pewne, czy wszystko się dobrze rozwija i chcemy po prostu sprawdzić, albo porównać umiejętności dzieci z czystej ciekawości, bo stanowi to świetny temat do rozmowy. Nie ma w tym nic złego. Kłopoty zaczynają się, kiedy rozpoczynamy wyścig. I uwaga – to się nie kończy. Znam osoby, które porównują swoje dzieci do dzisiaj (a mamy już wszyscy bardzo dużo lat), więc z perspektywy osoby trzeciej wygląda to po prostu śmiesznie. W dodatku jest całkowicie bezcelowe, bo każdy z nas wybrał inną życiową ścieżkę. Małe dzieci rozwijają się naprawdę różnie. Jedne szybko mówią, ale cały czas sikają w pieluchę. Inne sikają na nocnik, ale nie potrafią same trzymać łyżeczki. Trzecie trzymają łyżeczkę, ale mówią całkowicie po swojemu. Są też geniusze, które w wieku dwóch lat potrafią już liczyć, a są dzieci takie, które jeszcze wtedy nic nie potrafią. Co tutaj porównywać, i jakie to daje nam poczucie? Przecież te umiejętności to kwestie indywidualne. Nie mówią za wiele ani o rodzicach, ani o samym dziecku. Wrzućmy więc na luz i cieszmy się tym co mamy. Po co wkurzać siebie nawzajem?

Po drugie – bezustanna opieka

Napisałam, że babcia skorzystała z chwili wytchnienia, żeby ze mną pogadać. Odpoczywała od ciągłego trzymania za rękę swojego wnuka. A jak nie za rękę, to za plecy. Nie było to istotne, czy dziecko bawiło się w piaskownicy, huśtało na huśtawce, czy chodziło po małpim gaju. Babcia cały czas je trzymała. Chłopiec nawet zjeżdżał ze zjeżdżalni trzymając za rękę babcię. Nie mógł nic sam zrobić, nigdzie się sam pobawić. Jeśli babcia ma go na co dzień u siebie musi być cholernie zmęczona. Przecież mogła spokojnie sobie odpocząć, ponieważ ze swoim synkiem cały czas się bawił tata. Cały czas miał go na oku. To spokojnie by wystarczyło.

Każda mama (i jak widać babcia) chce, żeby jej dziecko było bezpieczne. Żeby nic mu się nie stało, żeby znikąd nie spadło, nic sobie nie zrobiło, żeby nie było płaczu i krzyku. Sama czasami kompletnie zapominam o tym, jak bardzo jest to dzieciom potrzebne. Dzieci podobnie jak zwierzęta same testują swoje granice. Oczywiście z perspektywy strategii przetrwania znacznie bardziej opłacalne byłoby prowadzenie obserwacji i nauka na błędach innych, ale błagam… czy na serio trafiają do Was argumenty typu: sama przez to przechodziłam, uwierz mi, mam rację, chcę dla Ciebie dobrze, jestem Twoją mamą? Nie sądzę. W sumie jako ludzie (i piszę tu o dorosłych) jesteśmy strasznie głupi. Cały czas powielamy błędy swoich rodziców, albo nawet popełniamy te same, swoje błędy po kilka (kilkanaście) razy z rzędu. I po co się tu czepiać dzieci? Sypnie sobie piachem w oczy, to będzie widziało, że to boli i tak się nie robi. Zje trawę, to będzie wiedziało, że to nie jest dobre i tak się nie robi. Spadnie z krzesła, to będzie wiedziało, że wiercenie nie jest bezpieczne i tak się nie robi. Takie mini urazy są dzieciom potrzebne. Jeśli ich nie doświadczają, to nie znają swoich granic, a to tworzy już prawdziwe zagrożenie. Bo nie zawsze będziemy przy nich, żeby je powstrzymać przed zrobieniem jakiegoś głupstwa.

Po trzecie – krytyka

Przez cały czas słyszałam: to nie dla Ciebie, jesteś za mały, masz za mało siły, tutaj Ci nie wolno, tego nie umiesz. Szczególnie to ostatnie wydało mi się krzywdzące. Co mnie zdziwiło, dziecko reagowało od razu. Tego nie umiesz i natychmiastowa rezygnacja. Ani razu nie usłyszałam: chodź, pomogę Ci, tutaj zrób tak, dasz radę, jesteś w tym dobry. Dziecko może i nic nie mówiło, ale uważnie słuchało. A usłyszało tylko i wyłącznie negatywne, ewentualnie neutralne komentarze. Widząc jego bezradność pomyślałam, że już jest skazany. Na bycie tym cichym, najmniej rzucającym się w oczy, tym płaczącym, tym który wszystkiego się boi i niczego nie chce spróbować. Bo skoro nie umie to po co?

Każda mama… nie wiem co mogłabym tu napisać, bo żadna mama nie powinna podkopywać wiary swojego dziecka w siebie. Coś Ci nie wychodzi? Spróbuj jeszcze raz! To jest zbyt trudne? Chętnie pomogę. Nie wiesz jak to działa? Chodź, pokażę Ci. Zabolało? Wyleczy się. Nasze dzieci nie oczekują od nas, że wszystko zrobimy za nie. Nie odczuwają też przygniatającej je presji, żeby coś się udało. Najlepiej za pierwszym razem. Są w stanie próbować do skutku i jedyne czego od nas oczekują, to wsparcia. Tego, że będziemy za nie trzymać kciuki, tego że pewne rzeczy im wytłumaczymy, tego że będziemy w stanie im poradzić, a potem zrozumiemy jeśli zrobią dokładnie odwrotnie. Oczekują od nas tego, że damy im żyć tak jak same sobie wybrały i to zaakceptujemy. Niczego więcej.

Nikt nie mówił, że łatwo będzie być rodzicem.

Podobało Ci się? Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.