Ostatnio jakby mocniej zaczęłam dbać o swoją dietę, jeść zdrowo i bardziej świadomie. Przy okazji zorientowałam się, że moje dziecko niemalże na każdy posiłek je… słodycze! Codziennie w jego diecie pojawiają się niestety czekoladki, żelki, ciasteczka, albo inne tego rodzaju słodkie przyjemności. Jednak to nie wszystko. Kiedy nie idzie do przedszkola, śniadanie to zazwyczaj płatki z mlekiem, i to nawet nie te kukurydziane, ale czekoladowe. Drugiego śniadania wcale nie ma, a na kolację dostaje grzankę z masłem orzechowym i dżemem. Jedyny jako-tako zdrowy posiłek w ciągu dnia to obiad. Chociaż i tak w weekend zazwyczaj chodzimy na pizzę, ewentualnie jakiś kotlet z frytkami, a ostatnio z braku jakiejkolwiek innej opcji (wszędzie komunie) skończyliśmy w McDonald’s. Padł na mnie blady strach. Moje dziecko z wszystkożercy zmieniło się nie do poznania. Dzień bez słodyczy to dla niego dzień stracony, a my zrobiliśmy się tak wygodni, że zamiast wysilić się i zrobić coś dobrego, porządnego do jedzenia, zaczęliśmy raczyć go wyłącznie cukrem i fast foodowym tłuszczem.

Czas na zmiany

A te wprowadzić jest niesamowicie ciężko. Bo skoro Michał miał nieograniczony dostęp do cukru, to nie rozumie dlaczego nagle mu się go odmawia. Postanowiłam podejść do tematu metodycznie (często tak podchodzę do tematów).
Po pierwsze przeanalizowałam wszystko co wiem. Łatwo zidentyfikowałam produkty, których synek nie lubi np. sery; sosy takie jak majonez i keczup; zielenina czyli szczypiorek, koperek, pietruszka itp. Nie jada wcale kanapek, rzadko ma ochotę tosty i grzanki, bo obrzydza go ciągnący się ser. Oznacza to, że część dań, które zazwyczaj serwujemy sobie na śniadanie i kolację odpadła już w przedbiegach. Nie ma sensu zmuszać dziecka do czegoś, czego nie lubi, tym bardziej że wystarczająco dużą zmiana dla niego jest rezygnacja ze słodkich przysmaków.
Następnie zrobiłam listę tych rzeczy, które wiem że lubi bardzo, nie uwzględniając w niej słodkości. Wiem, że uwielbia owoce, lubi płatki i owsiankę, jest totalnym mięsożercą chociaż nie przepada za parówkami, warzywa takie jak pomidory, ogórki, surowa papryka też ujdą, no i oczywiście są jajka, których mógłby zjeść chyba z tonę. Tutaj pojawiło się już mnóstwo opcji, które można uwzględnić w zdrowym i pożywnym śniadaniu.

Porozmawiałam również z panią z przedszkola. Można wierzyć, albo nie, ale w przedszkolu każde dziecko zachowuje się często kompletnie inaczej niż w domu. Je również coś innego. Byłam przekonana, że mój syn nie cierpi np. jogurtu naturalnego, a okazało się, że to jedno z jego ulubionych dań na drugie śniadanie. Wiele możemy się o swoich dzieciach dowiedzieć od niani, albo pani przedszkolanki. Od nas synek dostawał głównie słodkości, a tam gdzie ich nie było, jadł zupełnie normalnie. Dowiedziałam się również, że apetyt zawsze mu dopisuje na tyle, że potrafi zjadać czyjąś nietkniętą surówkę, albo mięsko. Lubi też komponować własne posiłki, czyli do wcześniej wspomnianego jogurtu dodawać wybrane przez siebie owoce, orzechy, albo inne nasionka.

Zastanowiłam się również czym mogę zastąpić cukierki i ciasteczka. Michał bardzo lubi wyciskane musy owocowe, zarówno takie, które można kupić w sklepie, jak i takie które przygotowuję sama. Jakiś już czas temu kupiłam (niestety w USA) takie oto pojemniczki wielorazowego użytku, które mogę napełniać stworzonymi przez siebie musami.

Źródło: httpswww.eatteethsleep.com.auproductssquooshi-reusable-food-pouches-large-6-pack

Dzięki nim mogę zaoszczędzić trochę pieniędzy i nie zaśmiecać świata, który i tak jest już w złym stanie. Niestety w przypadku mojego synka odpadły zdrowe batony zrobione z suszonych owoców. Strasznie mu nie smakują, czemu się z resztą nie dziwię – po spróbowaniu jednego postanowiłam ten temat odpuścić.
Strzałem w dziesiątkę są natomiast owoce i warzywa liofilizowane, czyli suszone w warunkach obniżonej temperatury i obniżonego ciśnienia.

Źródło: http://biokurier.pl/relaks/warto-poznac-zalety-zywnosci-liofilizowanej/

Takie produkty zachowują swoje właściwości odżywcze i nie trzeba przechowywać ich w lodówce. Swoją konsystencją przypominają chrupki więc z powodzeniem mogą je zastąpić. Można je kupić w małych paczuszkach, co świetnie sprawdza się np. w podróży. Jedyną wadą jest tutaj cena. Liofilizacja jest dość drogim procesem, co przekłada się na cenę w sklepie.
Michał lubi też chrupać orzechy i migdały, a także uwielbia wszelkiego rodzaju owoce jagodowe. Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że maliny, truskawki, borówki i poziomki stoją u niego na tym samym miejscu co cukierki, a może nawet wyżej (chociaż podejrzewam że czekolady nic nie przebije – ma to po mnie). Zaczęłam więc kupować owoce, które lubi i zawsze są one pod ręką kiedy ma ochotę na przekąskę.

Dygresja:
Kiedy byłam mała, niesamowicie wkurzało mnie jak moja mama na pytanie:
– Mamo, jest coś słodkiego? – odpowiadała:
– Tak, tu masz banany.
Na szczęście Michał jest jeszcze w tym wieku, że po prostu przyjmuje tę odpowiedź i na razie nie wydaje się poirytowany kiedy używam dokładnie tej samej, jakże sprytnej odpowiedzi.

Dzieci lubią wybór

Jest taka metoda w żywieniu małych dzieci która mówi, żeby dziecku podawać każde danie składając je z trzech produktów w różnych proporcjach. Jedna z przegródek na talerzu może zawierać produkt, którego dziecko nie je, albo je niechętnie. Dziecko samo wybiera z której przegródki je i podobno po kilku dniach zaczyna próbować to, czego wcześniej nie chciało tknąć. Nie wiem czy to prawda – nigdy tego nie stosowałam (a mogłabym, żeby zobaczyć czy Michał skosztuje białego sera), ale pamiętając o tej metodzie lubię komponować talerz mojego dziecka tak, aby znalazło się na nim kilka różnych rzeczy. Zazwyczaj zestawiam to, co lubi bardzo z jedzeniem, którego nie spożywa zbyt często. Na zdjęciu poniżej znajdują się np. truskawki, pomidorki i jajko, ale jest także chleb oraz kalafior.

Michał decyduje co je. W pierwszej kolejności oczywiście znikają truskawki, ale każdy inny produkt synek też choćby nadgryza. Oczywiście nie ma dokładki żadnego ze składników, dopóki talerz nie będzie czysty – inaczej skończyłoby się z pewnością na samych truskawkach. Nie zmuszam go jednak do tego, żeby zjadł wszystko do końca, bo nie o to tutaj chodzi. Kończy kiedy ma na to ochotę. Ważne jest to, żeby wszystkiego spróbował. Nie zmuszam go także do jedzenia czegoś, co mu nie smakuje. Jeśli coś spróbuje na moją prośbę i stwierdzi, że to mu nie odpowiada, nie musi tego jeść dalej. Oddaję mu tę decyzję. Co jasne nie mówimy tutaj o zwykłych muchach w nosie, czyli „nie będę jadł bo NIE”. Mamy trzylatków doskonale potrafią rozróżnić te dwie sytuacje.
Niedopuszczalne są też zamiany typu: nie zjem obiadu, bo mam ochotę na ciasto. Jeśli nie jest głodny, możemy poczekać z obiadem. Choćby odgrzać go później w mikrofalówce. Nawet będąc na przyjęciu nie ma tortu dopóki do brzuszka nie trafi „coś konkretnego”. Ma to choćby tę zaletę, że na tort zostaje mniej miejsca.

Nie uważam, żeby całkowita eliminacja słodyczy była dobrym rozwiązaniem. Sama nie przeżyłabym prawdopodobnie pozbawienia mnie czekolady. Myślę jednak, że na co dzień warto postawić na zdrowsze wybory. No i oczywiście więcej ruchu. Teraz, kiedy pogoda jest coraz piękniejsza (i raz na tydzień nawet wyjdzie słońce :P) znacznie łatwiej jest wprowadzić w życie takie pozytywne zmiany mimo, że wymagają od nas – rodziców – trochę więcej pracy.

Podobało Ci się? Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.